Długo, oj długo zwlekałam z relacją z "romantycznego" weekendu w
Pałacu w Paszkówce, ponieważ nie wiedziałam jak opisać pobyt tam, tak, żeby nie był zbyt hejterski. No w każdym razie tamten weekend, to było zło. Kolacja w pierwszy wieczór trwała 2 h. Posadzono nas przy kiczowato nakrytym stole, gdzie zamiast kieliszków do wody, których człowiek się spodziewa w czterogwiazdkowym hotelu, były szklanki Pepsi, a sama woda w dzbanku, który można w zieleniaku kupić za 7 zł. Kieliszki do wina, nie wiedzieć, czemu były przewiązane bordową wstążeczką, a kubełek do chłodzenia wina brudny. Sztućce pamiętały chyba lata 90. i wyginały się w trakcie krojenia boczniaków, które nie są najtwardszymi grzybami na świecie. Ale po kolei. Znaleźliśmy się tam w okolicach końca października 2012, żeby wykorzystać nagrodę Paszczaka za konkurs
Smakowisko - info tutaj. Cieszyłam się wtedy jak dziecko, ze będzie nam dany weekend w Pałacu :/
Wybaczcie jakość zdjęć, ale były robione telefonem.
Zameldowaliśmy się, pani zaprowadziła nas do komnaty, która normalnie kosztuje 400 zł za dobę i tu pierwsze rozczarowanie. Zamiast spodziewanego pałacowego luksusu, na ziemi paskudna wykładzina, obite meble, stary tv, obdrapana w wielu miejscach boazeria i łazienka, która w latach 90. na pewno robiła wrażenie, no cóż, teraz już nie. Pokój brzydki i smutny. Na pocieszenie były kwiaty i butelka wina musującego.
Kolacja, dzień pierwszy. Zeszliśmy na kolację o godz. 20. Oprócz nas było jeszcze 4 - 5 stolików zajętych, więc jakoś szałowo tłoczno nie było. Przystawki wjechały na stół o 20:20, czas całkiem całkiem. W międzyczasie zamówiliśmy wino i popijając je z tych koszmarnych kieliszków z kokardką, spokojnie jeszcze wtedy, czekaliśmy na kolację. Moja przystawka: panierowane boczniaki z gorgonozlą i ta da! cztery gwiazdki i coś takiego na talerzu - rozczarowanie nr 2:
Same boczniaki niczego sobie, tylko niewiadomo po co, ta śmietana jakże fantazyjne brużdżąca talerz, bo w żaden sposób nie pasowała smakowo do dania, a cykoria to już kompletna pomyłka. Paszczak zamówił caprese i tutaj nie ma się czego czepiać. Zresztą ciężko to spieprzyć.
Kiedy konsumowaliśmy przystawki ludzi w restauracji nie przybyło, a mimo to na zupę czekaliśmy 40 min. Obydwie zamówione zupy była bardzo dobre, rosół fajnie doprawiony, barszcz też. Jedynym złem był tutaj czas oczekiwania.
Kiedy w końcu na stole pojawiły się dania główne, to było rozczarowanie nr 3:
Moja potrawa: polędwica z indyka w sosie pomarańczowym z cukinią. Indyk i cukinia były twarde, sos całkiem ok, ale to i tak nie poprawiło ogólnego złego wrażenia. Spodziewałam się mięsa pokrojonego w plastry, ładnie podanego, a nie jak w barze mlecznym. Gdyby to był bar mleczny, nie czepiałabym się. Zjadłabym, odniosłabym talerz do okienka z napisem "ZWROT NACZYŃ" i po sprawie. Ale Pałac w Paszkówce to jednak cztery gwiazdki i czego innego, człowiek się spodziewa jednak.
Paszczak jak zobaczył swoje danie to miał minę, jakby Mu ktoś dał w twarz i cytuję: "No chyba sobie ku.... jaja robią", chodziło głównie o ten uroczy JEDEN mały ziemniaczek pokrojony na plasterki:
I Panie i Panowie deser dnia pierwszego: szarlotka - UWAGA - z lodami miętowymi i mus makowy. Lody miętowe do szarlotki WTF!!! Ja rozumiem, że inwencja w kuchni jest nieograniczona, ale są pewne klasyczne połączenia, które od wieków się sprawdzają i jeśli wprowadzane są nowości, to niechże będą w wprowadzane z głową, bo szarlotka i lody miętowe, to bez kitu - szjas (podobnie, jak anyż w żurku, który z partyzanta wrzucił nam szef kuchni, podczas warsztatów z Kielckim), Cavalier jabłkowo - miętowy, który piło się za młodu, a nie pałacowy deser!!!!
Mus makowy konsystencją przypominał piasek, ale nigdy tego nie jadłam, więc nie wiem, jaką konsystencję powinien mieć. Definitywnie za słodki jak dla mnie, sos malinowy ok.
Dzień 2 śniadanie do "komnaty": szału nie było, kawa w kuflu, obity dzbanek od herbaty, parę wędlin, sera, warzyw i nieświeży chleb i nic na ciepło, co najbardziej ubodło Paszczaka.
Po dniu spędzonym u Ulli w
Kuchni na wzgórzu z
Renatą Targosz i
Berniką, wróciliśmy do pałacu (o mało nie wpadając do rzeki po drodze, bo jakoś nikomu w tym pięknym kraju nie przyszło do głowy, żeby bardziej widocznie oznaczyć przejazd promem i brak jakiegokolwiek zabezpieczenia na brzegu).
W pakiecie znów była kolacja, tym razem Paszczak wziął boczniaki, które tym razem zyskały nową oprawę, zresztą równie bezsensowną jak poprzedniego wieczoru:
Ja zamówiłam melona w szynce i pozostawię to bez komentarza, niech zdjęcie przemówi:
Tym razem kolacja była podana w przyzwoitym czasie i była zdecydowanie smaczniejsza. Bardzo dobra zupa chrzanowa, wyborny łosoś i całkiem niezła faszerowana pierś z kurczaka i mimo, iż daniom wyglądowo daleko było do czterech gwiazdek to naprawdę w porównaniu z poprzednim wieczorem były dobre. Miłym akcentem był kieliszek wódki w przerwie pomiędzy przystawką a zupą.
Desery te same, tylko tym razem szarlotka jak Pan Bóg przykazał z lodami waniliowymi i co ciekawe z dodatkiem tymianku, co dało całkiem fajne wrażenia smakowe :)
Oprócz kolacji w pakiecie był wzajemny masaż gorącymi kamieniami i kąpiel w mleku. Kąpiel w mleku ok, ale masaż to naprawdę Adam Słodowy zrób to sam. Pani przyniosła koszyczek z nagrzanymi kamieniami i trzy skserowane i zbindowane instrukcje obsługi. Uśmialiśmy się zacnie:)
I nie chodzi o to, że ja chcę się czepiać ale jak to już kilkakrotnie podkreśliłam, człowiek jadąc do urokliwego pałacu czterogwiazdkowego spodziewa się, że wyjedzie dopieszczony przez obsługę i kuchnię, że spędzi czas w pięknym pokoju itp. Tymczasem wszystko było delikatnie mówiąc DO BANI. Pojedziemy tam w najbliższym czasie na kolację, żeby sprawdzić, czy może zmieniła się ekipa kuchni na lepsze i czy "komnaty" to faktycznie komnaty, a nie hotel jak z filmów z lat 90.
Jak można podać kawę parzoną w prawie półlitrowym kuflu i tak mocną, że, aż niedobrą, a kiedy prosi się, żeby na drugi dzień kawa nie była tak ogromna, to owszem jest ona w filiżance, ale tak samo mocna przez co była już kompletnie do wypicia. Poza tym te nieszczęsne, wyginające się sztućce, uszczerbane dzbanki i brudny kubełek do chłodzenia wina. I ja naprawdę nie pyszczę się dlatego że za niskie progi na pańskie nogi, ale dlatego, że jeśli pałac ma cztery gwiazdki, to niech ma pewien standard. Gdybyśmy pojechali do jakiegoś przydrożnego hotelu, gdzie nocleg kosztuje 100 zł, to nie narzekałabym na takie niedopatrzenia. Pałac zobowiązuje Zupełnie inaczej jest w Zamku Dubiecko, skąd wyjechaliśmy dopieszczeni przez obsługę, jak nigdy wcześniej, ale o tym innym razem.